Problem kondycji emocjonalnej dzieci i młodzieży staje się coraz poważniejszy. Proponujemy Państwu lekturę bardzo interesującego artykułu na ten temat. Artykuł nie jest krótki, ale warto poświęcić mu trochę czasu.

 

Młodzi łatwopalni /Przemysław Wilczyński, Tygodnik powszechny, 22.04.2018 r., czyta się około 11 min./

 

Trudno o równie fatalny zbieg czynników: o ile ze zdrowiem psychicznym młodych Polaków jest źle, o tyle system pomocy dla nich jest na krawędzi katastrofy.

e historie zaczynają być głośne, gdy nic się już nie da zrobić. Kielce, początek roku. W jednym z mieszkań odkryte zostaje ciało 13-letniej dziewczynki. W szkole uczennicy VII klasy zostaje zwołana rada pedagogiczna. W opinii nauczycieli nic nie wskazywało na problemy, a nastolatka była „bardzo aktywna w życiu szkoły”.

Kraków, zeszły rok. 16-latka skacze z dachu na jednym z osiedli.

Białostockie Dziesięciny, końcówka ubiegłego roku. Z okna bloku wyskakuje 13-letni chłopiec. W tym samym miesiącu samobójstwo – w podobny sposób – popełnia 14-latka.

Przebodźcowani

Inną historię – zakończoną szczęśliwie – opowiada mi jedna ze specjalistek pomagających ludziom młodym w kryzysie.

Nastolatka robi sobie zdjęcie w staniku. Fotografię wysyła do chłopaka, a ten – do znajomych. Zdjęcie ląduje w sieci, pojawiają się pod nim wulgarne komentarze. Kiedy nastolatka przychodzi do szkoły, niemal każdy zna fotografię. Jest poranek – uczennica zażywa leki. Podczas pierwszych zajęć zaczyna zasypiać, tracić kontakt z rzeczywistością. Nauczycielka wzywa pogotowie. Historia kończy się na szpitalnym oddziale toksykologii, potem na oddziale psychiatrii. Dziewczyna zmieni szkołę – w tej nie pojawi się już nigdy.

Podobnych historii zdarza się w Polsce wiele. Motyw cyberprzemocy jest brany pod uwagę m.in. w sprawie głośnego samobójstwa 17-letniej Nikoli spod Olsztyna. Dziewczyna wzięła dużą ilość substancji odurzających, a podczas imprezy w dwuznacznej sytuacji mieli ją nagrywać rówieśnicy. Do samobójstwa dziewczyny przyczynić się miała obawa, że film trafi do sieci.

Z opublikowanego w ubiegłym roku raportu NIK wynika, że z cyberprzemocą – prześladowaniem, zastraszaniem, wyśmiewaniem za pomocą internetu – styka się 40 proc. uczniów. A niemal połowa deklaruje, że dotknięci taką agresją, nie zwróciliby się po pomoc do dorosłych.

Agresja elektroniczna to tylko najbardziej powierzchowny element głębszego problemu. – Dzieci coraz rzadziej przeżywają emocje w realu – uważa Kinga Podolska, pedagog w szkole podstawowej z oddziałami sportowymi nr 5 w Krakowie. – A my przegapiamy moment, w którym zaczynają używać nowych mediów ryzykownie.

Według Podolskiej czasem wynika to z braku uważności dorosłych, a czasem z wygody: rodzice wracają zmęczeni z pracy, a smartfon czy komputer służą im jako surogat troski. – Oczywiście nie da się spowodować, by dzieci przestały funkcjonować w sieci, bo to trochę tak, jakby w ogóle przestały istnieć – uważa Podolska. – Chodzi o to, by nie traciły kontaktu z rzeczywistością, a wraz z nią umiejętności przeżywania ważnych emocji, trudnych sytuacji w realnym życiu. Bez tego doświadczenia bardzo łatwo o psychiczny kryzys.

 

Rok czekania na łóżko

 

Katastrofa – to słowo nie padnie, choć można je sobie dopowiedzieć, wsłuchując się w szczegóły zdarzeń z ostatnich miesięcy.

Kinga Podolska: – Bywają okresy, gdy jedynie targnięcie się na własne życie daje gwarancję łóżka na oddziale.

Aldona Czajkowska, psychoterapeutka, szefowa warszawskiego prywatnego Ośrodka ReGeneRacja: – Rozmowa w kuchni z koleżanką psychiatrą: „Aldona, jeszcze nigdy nie wysłałam tylu młodych z myślami samobójczymi do szpitala w ciągu roku”. Był taki okropny moment, że dzieci z podobnymi tendencjami czekały dwa tygodnie na miejsce.

Prof. Barbara Remberk, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii, krajowy konsultant: – Odbieram dramatyczne telefony z całej Polski. Sama miałam w marcu 46 pacjentów na oddziale, na którym jest 28 miejsc.

– Gdzie ich pani umieszczała? – pytam.

– Na łóżkach polowych, gdzie się dało – odpowiada prof. Remberk.

Dr hab. med. Maciej Pilecki, psychiatra dziecięcy, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w CM UJ: – Bywa, że jest jedno miejsce, w dodatku „dostawkowe” na korytarzu, a mamy kilku pacjentów, którzy powinni zostać natychmiast przyjęci. Część odsyłamy do najbliższego szpitala, w którym są miejsca, ale to czasami kilkaset kilometrów od domu. Oczywiście, jeśli pacjent jest w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, przyjmiemy zawsze. Ale są granice: nie możemy zrobić z oddziału lazaretu z jednym łóżkiem przy drugim.

Czytaj także: Psycholog i psychoterapeuta Ryszard Izdebski o kryzysach psychicznych młodych ludzi

Łódź, marzec tego roku, Klinika Psychiatrii Młodzieżowej UM: nie ma miejsc nawet na korytarzach.

Trójmiasto, luty. Na łóżko na oddziale dziecięco-młodzieżowym szpitala psychiatrycznego na gdańskim Srebrzysku trzeba czekać… prawie rok.

Polski system pomocy psychiatrycznej dla młodych od kilku lat lawiruje na krawędzi zapaści.

 

Przepracowani

 

Ale to tylko najbardziej spektakularny fragment problemu. Bo obok psychiatrii dziecięcej, a więc ostatniej instancji reagowania, są jeszcze te wcześniejsze. Dom i szkoła.

Kinga Podolska mówi o pochodzących tylko z ostatnich lat kilku próbach samobójczych wśród uczniów jej placówki. Na szczęście żadna nie zakończyła się tragicznie. – Równocześnie w każdym z tych przypadków okazywało się, że dziecko już dawno powinno było zostać otoczone fachową opieką – mówi pedagog. – I w żadnym z nich pomocy psychiatrycznej nie otrzymało, bo rodzice niczego nie zauważyli, bądź mimo sygnałów zlekceważyli problem.

Według Podolskiej pod tym akurat względem w polskiej edukacji widać w ostatnich latach zmiany na lepsze: nauczyciele, pedagodzy są bardziej wyczuleni na problem, coraz częściej przechodzą też szkolenia. Takie kursy prowadzi np. dr Pilecki. Jak mówi, ich programy, choć pożyteczne, ujawniają problem trudny do rozwiązania: – Gdy mówimy nauczycielom, jak rozpoznawać kryzysy, pytają: „A jak już rozpoznamy, to jak przekonać rodzica, by zgłosił się z dzieckiem do psychiatry lub terapeuty?”. Albo inne pytanie: „Gdzie właściwie miałby się zgłosić, skoro na wizytę czeka się miesiące?”. I koło się zamyka. W efekcie ostry stan kryzysowy jest często pierwszym kontaktem dziecka z systemem pomocy. Powiem więcej: w zasadzie jest to reguła.

Być może bardziej skuteczna w wykrywaniu kryzysów na wcześniejszych etapach byłaby szkoła. Gdyby i ona – tak jak cały system – nie borykała się z kadrowymi niedoborami. Wedle raportu NIK w 40 proc. polskich placówek brakuje psychologa lub pedagoga na etacie. Najgorzej jest na wsiach: tam na tysiąc uczniów przypada nieco ponad połowa etatu psychologa.

W dodatku nakierowana na edukacyjny sukces, z nauczycielami rozliczanymi głównie z egzaminacyjnych wyników, szkoła przestaje być przestrzenią spotkania – a więc i uważności na przeżycia dzieci. Problem przepracowanych uczniów, zafiksowanych jedynie na przerobieniu wymaganego materiału, a wraz z nim pytanie o sensowność zadawania dużej liczby prac domowych (wedle raportu OECD polskie dzieci są nimi przygniecione wyraźnie ponad europejską średnią), stał się znowu głośny po wprowadzeniu ostatniej reformy oświatowej.

Choć zjawisko jest szersze i wymyka się ocenie tej czy innej polityki oświatowej państwa. – Wszyscy, włącznie z rodzicami, jesteśmy coraz bardziej nastawieni na naukę, zdawanie egzaminów i sukces – zauważa Aldona Czajkowska. – A skoro takie jest podejście dorosłych, przejmują je młodzi. Usłyszałam ostatnio od znajomego nauczyciela liceum: „To niesamowite, ale oni już w pierwszej klasie wiedzą, kim zostaną”. Życie naszych dzieci w coraz młodszym wieku staje się „projektem”, a to sprawia, że coraz prędzej pojawia się stres. Często słyszę od młodych, że coś „muszą”. Równocześnie zostawiamy dzieciom coraz mniej miejsca na spontaniczną zabawę, przez co tracą możliwość poznawania samych siebie, budowania trwałych i bliskich relacji, znoszenia porażek i uczenia się współpracy, czyli tzw. umiejętności miękkich, tak ważnych przy radzeniu sobie z napięciem.

Czajkowska dodaje, że i dorośli są w trudnej sytuacji: – Nauczyciele, bo muszą „przerobić program”. Rodzice, bo wydaje im się, że jak ich dzieci będą w czymś najlepsze, to sobie lepiej poradzą w dorosłym życiu. To ma swoje jasne strony, ale też i ciemniejsze: w pędzie za osiągnięciami przegapiamy moment, w którym nasze dzieci przestają sobie radzić z emocjami.

 

Pieniądze nic nie dadzą

 

Droga dojścia do katastrofy polskiego systemu psychiatrii dziecięcej to lata zaniechań. Na czele z finansowym: sektor ten jest od dawna niedofinansowany. Pokłosie tej sytuacji to likwidacja kilku oddziałów psychiatrii dziecięcej i młodzieżowej w ciągu ostatnich lat.

Dramatycznie brakuje samych specjalistów – podawana oficjalnie (a wedle opinii ekspertów i tak przeszacowana) liczba 400 psychiatrów dziecięco-młodzieżowych to o wiele za mało. Kiedy pytam o przyczyny tych niedoborów dr. Pileckiego, nie zaczyna wcale od wątku finansowego: – Psychiatrzy dziecięcy to być może najbardziej straumatyzowani specjaliści – mówi. – Pewnie, że przeżywamy swoje sukcesy i radości. Jednak ilość ryzyka, rozpaczy, samotności, złości jest tak duża, że być może właśnie nam najtrudniej zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć o pracy. Jeśli młody lekarz w ciągu jednego dnia musi przyjąć kilkanaścioro chcących się zabić nastolatków, nie mając w dodatku sam wsparcia, to trudno się dziwić, że nie jest to specjalizacja najbardziej popularna. Jak dodamy do tego inne czynniki, np. to, że nasza praca jest mniej prestiżowa niż praca np. kardiologa, że utrzymuje się w społeczeństwie ładunek niechęci do ludzi chorych psychicznie, a część tego odium spada na lekarzy, dostaniemy pełniejszy obraz sytuacji.

Czytaj także: Psycholog i psychoterapeuta Ryszard Izdebski o agresji nastolatków

Dramatycznie brakuje też psychoterapeutów wyspecjalizowanych w problemach wieku dorastania. Nawet na prywatne wizyty czeka się tygodniami.

Aldona Czajkowska pięć lat temu założyła warszawski Ośrodek ReGeneRacja. Jak wspomina, pomysł powstał na fali frustracji, że dzieci, młodzież i ich rodzice nie mają gdzie się udać po pomoc. Szybko jednak się okazało, że ośrodek nie może się rozwijać – właśnie ze względu na brak kadry. – Założyłam więc wraz z Laboratorium Psychoedukacji szkołę psychoterapii dzieci i młodzieży, by móc sama dla siebie tę kadrę wykształcić – mówi Aldona Czajkowska.

Dziś w ReGeneRacji nie brakuje specjalistów. – Ale i u nas trzeba czekać na wizytę miesiąc lub dwa – relacjonuje szefowa ośrodka. – Jeśli mamy przypadek wymagający natychmiastowej interwencji, przyjmujemy. Ale inni muszą czekać.

 

Przedefiniowani

 

Podobne historie – jak ta, którą opowiada mi jedna ze specjalistek pracujących w dużym mieście – należą do częstych. Dziewczynka, osiem, może dziewięć lat. Podczas zabawy wymusza na innych, by robili to, czego ona sobie życzy. Nawet podczas terapii próbuje rozpaczliwie sterować dorosłymi. Chce mieć wszystko pod kontrolą, bo świat wokół niej od dawna nie podlega już żadnej kontroli: rodzice to rozstają się, to schodzą, by na koniec znowu być osobno.

Terapeuci i psychiatrzy przyznają, że często problem ujawniający się w gabinecie specjalisty to refleks zjawisk społecznych. Rozwodów, wzrastającego odsetka urodzeń w związkach nieformalnych (w 2016 r. po raz pierwszy w historii Polski co czwarte dziecko przychodziło na świat poza małżeństwem) czy emigracji.

Aldona Czajkowska mówi, że od jakiegoś czasu ćwiczymy na własnej skórze radykalną redefinicję modelu rodziny, małżeństwa oraz wychowania: – Nie chcemy już korzystać z „dobrodziejstw” pokoleń poprzednich, mamy nowe pomysły na chowanie dzieci. Coraz więcej jest demokratycznych rodzin, gdzie dzieci mają swój głos, udział w podejmowaniu decyzji. Kobiety coraz bardziej uniezależniają się od mężczyzn. Równocześnie jednak ich i ich mężów zabieganie skutkuje tym, że dzieci, które z jednej strony są w centrum oddziaływań, z drugiej coraz częściej pozostają same.

Psychoterapeutka zwraca też uwagę na wpływ rozwodów na kondycję psychiczną młodych. I nie chodzi o sam fakt rozstania rodziców, ale raczej jego styl. – Jedno z małżonków odchodzi i niemal urywa się kontakt z dzieckiem. Drugie jest pozbawione wsparcia psychicznego i finansowego: niska ściągalność alimentów jest, niestety, polską specjalnością. W efekcie jedno z rodziców, najczęściej matka, zaczyna nie radzić sobie sama ze sobą, a dziecko – to częsty schemat – wchodzi w rolę dorosłego. Bywa też w ogniu wieloletnich potyczek, a czasami w samym środku wojny, bo rodzice są tak zajęci swoim cierpieniem, że nie znajdują przestrzeni na przeżycia dziecka.

Dr Pilecki dodaje, że wpływ na kondycję psychiczną młodych mają też procesy szersze. – W 2001 r. Günter Rathner, jeden z badaczy zajmujących się anoreksją i bulimią zauważył, że problemy te pojawiają się częściej w społeczeństwach doświadczających dynamicznego rozwoju, przekształceń, „westernizacji” kultury – mówi psychiatra.

 

Samobójca na co dzień

 

Nie do końca wiadomo, na ile zatkane arterie systemu opieki psychiatrycznej to efekt choroby jego samego, a na ile nasilającego się problemu kryzysów wśród młodych.

Gdyby diagnozę problemu ograniczyć do rejestrowanych samobójstw i prób samobójczych, można by dojść do wniosku, że na przestrzeni lat niewiele się zmienia. Rokrocznie zabija się w Polsce ponad setka nieletnich, a zarejestrowanych prób samobójczych jest wśród nich kilkaset.

Ale eksperci patrzą na te dane sceptycznie. – Są skrajnie zaniżone – uważa prof. Remberk. – Po pierwsze, nastolatkowie podejmują próby, o których nikt się nie dowiaduje. Nieprecyzyjne są również dane dotyczące samobójstw: nie zawsze śmierć, będąca skutkiem targnięcia się na swoje życie, jest jako taka opisywana.

– Od kilku lat mamy do czynienia z nowym zjawiskiem – dodaje dr Pilecki. – Skrajnie ryzykownym przyjmowaniem substancji psychoaktywnych, które trudno uznać za akty samobójcze w sensie ścisłym, ale można mówić o zachowaniu, które dopuszcza ryzyko śmierci.

Według OECD Polska należy do czołówki państw w zestawieniu liczby samobójstw – również ludzi młodych – na 100 tys. mieszkańców.

Jakie są dane dotyczące kryzysów psychicznych? Niestety, i tu nie ma pełnej jasności, bo od dawna nie robiono badań epidemiologicznych (są przeprowadzane dopiero teraz). Dane udostępnione na stronie Ministerstwa Zdrowia pochodzą z 2014 r. i mówią o ok. 100 tys. młodych pacjentów, którzy skorzystali z publicznych porad psychiatrycznych lub psychologicznych. – Średnia liczba porad na pacjenta to około czterech i pół. Trudno mówić o intensywnym leczeniu, gdy zamyka się w kilku spotkaniach – komentuje prof. Remberk.

Ile jest konsultacji prywatnych, nie wiadomo, choć eksperci nie mają wątpliwości, że sektor ten też nie jest w stanie zaspokoić potrzeb. Te sięgają co najmniej 400 tys. młodych ludzi – liczba wynika z założenia, że w tej grupie wiekowej (niezależnie od kraju) między 5 a 9 proc. populacji wymaga pomocy.

Brak twardych danych nie oznacza, że niczego nie da się powiedzieć o dynamice zmian. – Jeszcze pod koniec lat 80. w ciągu całego roku zgłaszały się do nas dwie, może trzy nastoletnie pacjentki z anoreksją psychiczną – mówi dr Pilecki. – Teraz mamy kilka takich zgłoszeń tygodniowo. Jeśli chodzi o myśli i tendencje samobójcze, kilkanaście lat temu było takich przypadków jeden do kilku w miesiącu. Teraz czasami do kilku dziennie!

Na co cierpią młodzi? – Do częstych zaburzeń należą te nastroju, głównie depresja, czy zespół nadpobudliwości ruchowej z deficytem uwagi. Rozpowszechnioną dolegliwością są zaburzenia adaptacyjne, w ramach których rzeczywistość, ta szkolna czy rodzinna, przerasta dziecko. U nastolatków, głównie dziewcząt, narastającym problemem są zaburzenia odżywiania – mówi prof. Remberk.

Przegapieni

Kingę Podolską pytam, jaki obraz problemów dominuje w jej praktyce. – W szkole stykam się najczęściej z następującym modelem: tzw. dobry dom, rodzice blisko dzieci, interesują się ich życiem. Tyle że przez swoją nadopiekuńczość pozbawiają ich samodzielności, nie dają przestrzeni na doświadczenie konsekwencji zachowań, wyborów. Starają się rozwiązać za dziecko problemy, awanturują się w szkole, gdy ktokolwiek cokolwiek zarzuci ich dzieciom. W okresie dojrzewania młody człowiek chce coraz bardziej przejmować kontrolę nad swoim życiem. A przez brak doświadczenia odpowiedzialności może nie być do tego przygotowanym, co prowadzi czasami do kryzysu. Kiedyś były podwórka, rówieśnicy spędzali ze sobą czas, będąc poza kontrolą dorosłych. Teraz często przechodzimy w drugą skrajność: zamiast iść krok za dzieckiem, idziemy obok niego lub nawet krok przed.

Jednak, jak podkreślają dr Pilecki i Aldona Czajkowska, dominujący rys to dziecko przez dorosłych „przegapione”. Krakowski psychiatra przytacza rozpoczęte jeszcze w 1977 r., a trwające ponad dwie dekady badania, w ramach których naukowcy przyglądali się przebiegowi życia dzieci urodzonych pod koniec lat 70. – Zapamiętałem głównie jedno ustalenie badaczy, które zrobiło na mnie największe wrażenie – mówi dr Pilecki. – Porównano dzieci z najlepiej funkcjonującymi rodzinami i te mające się najgorzej, za kryterium przyjmując stabilność emocjonalną, ekonomiczną, to, czy wśród rodziców istnieją zaburzenia psychiczne bądź uzależnienia. Okazało się, że ryzyko psycho­patologii w tej drugiej grupie jest stukrotnie wyższe! To potwierdza nasze doświadczenia na oddziale: bardzo rzadko spotykamy się z pacjentami doświadczającymi rodzinnej stabilizacji. I nie chodzi mi o głoszenie wyższości jedynie słusznego modelu rodziny. Raczej o to, że w każdym modelu stabilność jest najważniejszym kryterium kondycji psychicznej.

Aldona Czajkowska podkreśla wagę newralgicznego momentu w relacji rodzic–dziecko: – Zgodnie z prawami rozwoju potomek usamodzielnia się i w którymś momencie zaczyna wykrzykiwać: „Nie potrzebuję już was!”. Dorosłym zdarza się zapominać, że to jedynie proces naprzemiennego oddalania się i przybliżania, i że ich dolą jest znosić te rozszalałe emocje. Tymczasem niektórzy rodzice zachowują się tak, jakby tylko na ten moment oddalenia czekali, by wreszcie w pełni zająć się sobą. Znikają z domu, a gdy okrzyknięty przedwcześnie dorosłym nastolatek do niego wraca, dom ten jest pusty.

Psychoterapeutka wspomina przedmaturalne spotkanie z rodzicami w liceum jej dzieci: – Pani dyrektor mówiła, na czym egzamin będzie polegał. A na koniec powiedziała: „Drodzy rodzice, pamiętajcie, róbcie dzieciom kanapki, one tego tak strasznie potrzebują”. Nie chodziło o same kanapki, tylko o okazywanie uwagi i bliskości. I nie mówiła tego do rodziców nad­opiekuńczych ani tych, którzy nie interesują się swoimi dziećmi, tylko do tych, którzy zaczęli już swoje dzieci i ich problemy powoli przegapiać